W Polsce ludzie często nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji. Władze czekają z przekazaniem informacji do ostatniej chwili, kiedy poziom zanieczyszczeń jest wyjątkowo wysoki. W Paryżu władze zareagowały gdy poziom PM10 przekroczył 80 mikrogramów na metr sześcienny. W Warszawie trzeba było czekać aż poziom osiągnie 200. Wracając do przykładu Francji, to nie jest ona jakimś wyjątkiem Macedonia ogłasza alarm smogowy, kiedy pyły PM10 przekraczają 50 µg/m3, Belgia - 70 µg/m3, Włochy - 75 µg/m3. Nawet Czechy z poziomem alarmowym 100 µg/m3 czy Słowację – 150 µg/m3.

Wyjątkiem jest Polska, która informuje o smogu dopiero, gdy stężenie sięga 200 µg/m3 (czego dowód mamy obecnie w mieście), a alarm smogowy ogłasza wtedy, kiedy PM10 wynosi ponad 300 µg/m3. Co gorsza Polska norma została zmieniona cztery lata temu. W 2012 roku minister Marcin Korolec wydał rozporządzenie, w którym podniósł (i tak wysoki w porównaniu do innych krajów UE) poziom alarmowy z 200 µg/m3 do 300 µg/m3.

Niezwykle istotna w takiej sytuacji wydaje się być sama kwestia informowania społeczeństwa. Niektóre miasta radzą sobie z tym całkiem dobrze. W Krakowie komunikaty pojawiają się na przystankach autobusowych, w Rybniku informacje docierają przede wszystkim do placówek oświatowych

Warszawa na tym tle wygląda blado. Mimo wielokrotnych apeli społeczników, ratusz wydał ostrzeżenie po raz pierwszy. Odpowiadający za środowisko wiceprezydent Michał Olszewski przekonywał nas ostatnio, że "ustawowy obowiązek informowania o jakości powietrza leży przede wszystkim po stronie Inspekcji Ochrony Środowiska".
Działacz Polskiego Alarmu Smogowego przekonuje, że nic nie szkodzi na przeszkodzie, aby wysłać informację o jakości powietrza. Z odpowiednim komunikatem, który pomoże ocenić – czy nie ma się czego obawiać, czy lepiej zostać w domu.

Źródło: http://tvnwarszawa.tvn24.pl/